RSS
niedziela, 06 maja 2012

Miejsc, które powinienem był odwiedzić (i sfotografować) wczoraj, mogło być oczywiście więcej. Rodzina wyjechała poza Warszawę, a ja wsiadłem na rower, żeby trochę się pokręcić. Oto wczorajszy misz-masz zdjęć.

Zapewne najczęściej wczoraj fotografowane miejsce - otwarta (wreszcie) stacja Stadion. Wszystko śliczne, nowiutkie. Tam, gdzie się dało, odrestaurowane z zachowaniem pierwotnego ducha historii (luksfery!), ale umiejętnie moim zdaniem połączone z supernowoczesnymi peronami.

Dla kogoś, kto nigdy tu nie był, wielkim zaskoczeniem będzie kopuła nad wejściem, totalnie niefunkcjonalna - taki kaprys architekta. Chcesz, czy nie, musisz się zatrzymać i popatrzeć, a potem zajrzeć wgłąb tajemniczego tunelu. Według mnie - genialne.

Jest jeszcze jeden szczegół, jednak nie sfotografowałem go: otóż stacja sąsiaduje z przygnębiającą pustynią gigantycznego placu parkingowego. Poniekąd oaza.

Ruszam w stronę Wschodniego, któremu, jeśli się uda, chciałbym poświęcić osobny wpis (otwarcie ponoć za 2 tygodnie). Tymczasem zajeżdżam od tyłu, aby obejrzeć gotową już wiatę, która, jak rozumiem, ma być nowym dworcem autobusowym. Mam mieszane uczucia co do koncepcji - stalowa konstrukcja nośna opięta płachtą dachu. Niby oryginalne i lekkie w formie, niby sprawdziło się na stadionie Legii, ale ma też w sobie akcent tymczasowości.

Ruszam w stronę centrum. Po drodze widzę horror współczesnego świata agresywnych korporacji, które okupują przestrzeń publiczną. Na jednym zdjęciu aż trzy, z czego jedna postanowiła zawłaszczyć nawet kawałek nieba (po tym, jak banerami zeszpeciła już niejedną warszawską elewację). Choć sam pomysł na balon widokowy jest wspaniały, to otoczka marketingowa jest koszmarem. Trudno sobie wyobrazić, żeby tak bogata firma telekomunikacyjna mogła zrobić cokolwiek za darmo. Można, owszem, polatać sobie latającym logotypem firmy, jednak trzeba za to sporo zapłacić.

W okolice praskiego brzegu Wisły wracam po kilku godzinach, w miejsce, które o tej porze jest niezwykle interesujące. Ogrom stali Poniatoszczaka dominujący nad sympatyczną plażą, gdzie ludzie grillują, grają w siatkę (i inne mniej popularne gry, np. rzucanie bumerangiem). Ścieżka przewalają się tłumy rowerzystów, a atmosfera relaksu powoduje, że z trudem opieram się chęci zaśnięcia na piasku.

niedziela, 01 kwietnia 2012

Oto wnętrze fortepianu, na którym wczoraj izraelski pianista Itamar Golan w duecie ze skrzypkiem Julianem Rachlinem grał sonaty Beethovena. Koncert odbył się w Sali Wielkiej Zamku Królewskiego w ramach Wielkanocnego Festiwalu Beethovenowskiego.

Wielki plus za repertuar i pełne ekspresji wykonanie. Trudno mi nawet wyobrazić sobie wysiłek skrzypka, który daje siebie wszystko przez 2 godziny (z 3 krótkimi przerwami). W utworach tych było wszystko - inteligencja muzyczna, zmienność, różne techniki gry - cudowne. Poważnym minusem natomiast była akustyka sali, która "połykała" brzmienie fortepianu.

I kilka słów o samym Festiwalu. Organizowany jest od kilkunastu lat przez panią Elżbietę Penderecką. Genialność imprezy polega na tym, że łączy elitarność repertuaru z szeroką dostępnością - ceny biletów zaczynają się już od kilkunastu złotych (choć bliskie miejsca kosztują oczywiście znacznie więcej).

Nic dziwnego, że z rezerwacją należy się spieszyć. Ja robiłem to dzień po tym, jak kolejna edycja Festiwalu została zapowiedziana w Gazecie Wyborczej i większość miejsc była już wykupiona. Zdecydowanie warto.

wtorek, 06 marca 2012

Wiem, że wpis jest trochę poza tematyką mojego bloga, ale nie mogę sobie odmówić tej złośliwości.

Oto baner pewnej sieci komórkowej (której nazwę litościwie przemilczę), który wisi na Smyku:

Chmurki dialogowe są oczywiście mojego autorstwa, ale przecież narzucały się same. Wiadomej sieci i jej agencji reklamowej gratuluję tego celnego strzału we własną stopę. Oops, przepraszam - raczej samobójczego gola.

Tagi: euro 2012
20:12, szulkin
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 12 lutego 2012

To fantazyjne - jak nie z naszej epoki - miejsce znajduje się na tyłach górnej Tamki (róg Kopernika i Ordynackiej) i dostarcza naprawdę niezwykłych wrażeń.

Podczas około półgodzinnego pokazu na naszych oczach brunatna, gorąca masa karmelowa zamienia się - dzięki nieprawdopodobnej zręczności dwóch obrabiających ją dżentelmenów - w kolorowe cukierki i lizaki o różnych smakach. Wszystkie wyroby mienią się fantazyjnymi emblematami i deseniami - celowo nie będę wyjaśniał, jak to się odbywa, bo naprawdę warto to zobaczyć na własne oczy.

Na ścianach prezentują się dziesiątki opakowań z cukierkami o różnych smakach (my wybraliśmy jabłko-miętę) i wzorkach, a umiejętności wytwórców można docenić patrząc na wszystko, co udało im się wyczarować z karmelu.

W ostatniej fazie produkcji - gdy karmel nieco ostygnie i jest już bezpieczny - można uczestniczyć bezpośrednio. Poniżej widać produkt wyjściowy - karmel o temperaturze grubo ponad 100 stopni.

 

Ostudzona lekko masa jest wyrabiana na specjalnym haku, dzięki czemu zmienia kolor na śnieżno-biały.

 

Tu widać skręcanie lizaka...

 

... aczkolwiek z podobnego półproduktu można otrzymać takie oto cukierki:

 

Miejsce jest magiczne i urocze.

[http://www.manufaktura-cukierkow.pl/]

piątek, 30 grudnia 2011

Suchy język encyklopedyczny informuje, że Most Poniatowskiego ostatni raz został zniszczony w 1944 roku przez Niemców. Od kilku tygodni Wisła ma tak niski poziom, że od strony Saskiej Kępy wynurzyły się szczątki mostu. Słowo "szczątki" nie oddaje jednak wrażenia i mnogości emocji, jakie budzi to, co tak łatwo można teraz obejrzeć. Niezwykłe wydaje się, że tak potężny kawał budowli nie został po wojnie uprzątnięty i - pomimo utopienia w wodzie na niemal 70 lat - jest całkiem nieźle zachowany, co ponoć obudziło dyskusję, czy tego kawałka historii nie warto wydobyć i gdzieś wystawić. W końcu to bardzo przemawiające do wyobraźni świadectwo historii i kawałek starej Warszawy.

Na mnie największe wrażenie robi górna część przęsła, po które można chodzić (widać coś, co przypomina asfalt) o zerwany kawałek szyn tramwajowych. Odrobina fantazji wystarczy, aby zobaczyć w myślach przemieszczających się przed wojną tą trasą ludzi:

Widok z boku ujawnia skalę korozji, jednak całość przęsła jest całkiem nieźle zachowana:

Byłem w tym miejscu dziesiątki razy na przestrzeni ostatnich 30 lat i nie tylko nic takiego wcześniej nie widziałem, ale nawet nie podejrzewałem istnienia takiego eksponatu. Budzi grozę, ale też warszawską nostalgię i sentymenty.

Przypomina się specyficzna uroda przedwojennej Warszawy, wielkie nazwiska - Starzyńskiego, Starynkiewicza, Lacherta. Pomysł na wydobycie znaleziska - na pewno wart poważnego potraktowania.

niedziela, 11 grudnia 2011

Przetwory to impreza, na której prezentowany jest design użytkowy wykorzystujący recyklowane odpady - przedmioty, które niestety w tysiącach codziennie trafiają na wysypiska. Impreza odbyła się w weekend w Soho Factory - postindustrialnym kompleksie na ulicy Mińskiej 25 (tyły biurowca PZO). Samo miejsce zasługuje na odwiedzenie i osobny opis, poniższe zdjęcia są tylko przedsmakiem tego, jak niewielkim (na oko) kosztem można przekształcić miejsce koszmarne w miejsce niezwykle seksowne.

Oto podgląd na obiekt będący dopiero w trakcie adaptacji - ta hala jest częściowo pod ziemią i pokryta jest przezroczystym dachem z jakiegoś tworzywa. Efekt jest unikalny i bardzo pociągający.

To z kolei jeden z kilku bardzo interesująco odrestaurowanych pawilonów - na terenie kompleksu jest ich znacznie więcej. Krótko mówiąc - w mało atrakcyjnych okolicach Dworca Wschodniego (który nawiasem mówiąc wygląda po restauracji naprawdę efektownie) znajduje się unikalny obiekt, w którym, o ile wiem, sporo się dzieje. Jeden z symptomów odczarowywania Pragi/Grochowa.

Sama wystawa to niezwykła kombinacja komercji z ludzką twarzą i inspiracji. Każdy z twórców, z którym rozmawiałem,  chętnie opowiadał o swojej technice pracy, a podczas zwiedzania sam wpadłem na kilka pomysłów, jak zagospodarować zalegające w piwnicy graty. Ogólnie atmosfera pełna była pasji i zaangażowania oraz designerskiej inspiracji napędzanej ideą "Zrób coś z niczego" - zupełnie innej od tej, którą tak łatwo zarazić się oglądając drogie salony dekoracyjne. Tutejsze eksponaty co prawda nie były tanie, ale przecież każdy z nich można spróbować wykonać samemu.

Dla mnie - jeden z hitów: klosze lamp wykonane z pociętych słomek do napojów i papierowych foremek do pieczenia babeczek. Koronkowa robota dająca niezwykle ciepły i przytulny efekt.

Kolejny kapitalny pomysł - abażur lampy wykonany z obręczy kół rowerowych (autorstwo - student ASP).

Jedna z bardziej ekstrawaganckich realizacji z pogranicza konceptualizmu. Stary brodzik prysznicowy zamieniony w stolik, jednak zamiast obrusa - trawnik.

Zegary z niczego.

Zwiewny parawan wykonany z pomysłowo poskręcanych szyn samochodowych.

I wiele, wiele innych przedmiotów. Zanim coś wyrzucicie, zastanówcie się, czy przypadkiem nie da się czegoś z tego zrobić. Choćby pufa z opon samochodowych.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 15